piątek, 29 listopada 2013

Travelling broadens mind.

Żadnymi słowami po polsku nie byłabym wstanie wyrazić znaczenia tych slow. "Broadens mind". Maja wydźwięk głęboki, majestatyczny. I nie da sie ukryć, że skrywaja w sobie wiele prawdy.

Podróżujac pociągiem moż naprawdę wiele przemyśleć. Rankiem, wsród zatłoczonych przedziałów, patrząc jak za oknem mijaja domy, drzewa, ludzie. Oczy starają sie nadąrzyc za każdym detalem, obiektem. Umsył uchwycić i zapamiętać każdy moment. Gdy człowiek myśli w podróży często wpatruje sie za okno. Moze próbuje znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania gdzieś po drodze? Wyjść poza klatkę jaką tworzy umysł. 

Ja poza ta klatką jestem w Gdynii. Nie martwię sie o rzeczy błache, w większości urabiane do postaci ogromu. Bo jadę właśnie do jednej z najważniejszych osób w moim życiu. Jednej z tych które wiedzą co się ze mną dzieje bez zbędnej wymiany zdań. Które są ze mną tak długo, że znając mnie na wylot, paradoksalnie doszukują się nowych, ukrytych elementów na nowo i na nowo. Tych, których inni ludzie nigdy nawet nie zauważą.

Pamietam moja pierwsza wizytę w tym magicznym miejscu. Szczególnie wspominam powrót. Przyjaciele stojący na podjedzie i machajacy z uśmiechem ukrywającym żal naszego odjazdu, na pożegnanie. Pamietam siebie, płaczącą w samochodzie i moja mamę mówiąca "Nie płacz, przecież niedługo się zobaczycie. Ciesz sie tym, że sie zobaczyłyście, nie myśl o tym, że wyjeżdżamy." Tak... Ciesz sie momentem który właśnie mija, nie trap sie powrotem do codzienności. Jak wszystko, tak łatwo powiedzieć, jak ciężko zrobić...

Teraz jadę sama. I sama bede wracać. Nikt mi nic nie powie. Nikt nie pocieszy. Ale ja już wiem, że ta mijająca chwila, ostatni na jakiś czas uścisk musze zachować jak najdłużej w pamięci, by starczyło mi sił do następnego spotkania.

 

czwartek, 28 listopada 2013

Widzieć ludzi kolorami.

To zupełnie zbędna i niezrozumiła umiejętność, która posiadam. A przynajmniej tak mi sie zdaje.

Ostatnio spojrzałam na moja nowa klasę. Miałam humor tzw. "rozgotowanego brokuła", a moja przyjaciółka patrzyła na mnie z pobłażaniem. W koncu stwierdziłam, ze każdy ma inny kolor. Zupełnie inną barwę, a ja jestem przeźroczysta. Wtapiam sie w razie potrzeby w odpowiedni ton. Najbliżsi w klasie to fiolet, idygo i turkus. Piękne połączenie. Bliska jest mi także czerwień, z którą niestety nie brak problemów. 

Minęło już prawie pół roku, a ja nadal myślami wracam do WAS. Byliśmy różnobarwni, kolorowi, indywidualni... Ale jednak coś nas łączyło. Wspólny odcień, moze ton. Kropelka pomarańczy, złota smuga i błysk purpury. Stwórz tę wizję drogi czytelniku, a zobaczysz jacy byliśmy na prawdę. Niepojęci, różni, ale zgrani. Zawsze razem, bez względu na wszystko. Nigdy przeciwko sobie.
Minęło już prawie pół roku, a ja nie jestem w stanie iść dalej, bez wracania do was myślami każdego dnia. Oswobodziliście mnie. Wykreowaliście moja prawdziwą postać i pozwoliliście mi pokazać moją barwę i za to wam dziękuję. 




wtorek, 26 listopada 2013

Wszystko o niczym, czyli co tak naprawdę dzieje się w mojej głowie...

Dzisiaj naszło mnie pytanie... Jaki sens ma życie? Próbując znaleźć odpowiedź natknęłam się jedynie na... pustkę... Nic. Nic a nic nie przychodzi mi do głowy. 

Oceany żalu, góry smutku i tylko czasem szczyt euforii, do którego tak trudno nam dotrzeć... Czekamy na moment podczas naszej podróży, gdy z mgły, zasłaniającej nam piękne widoki, wyłoni się pewien kształt. Z początku rozmazany i nienamacalny, z czasem - coraz wyraźniejszy. Promyki słońca przebiją się wtedy przez przygnębienie i rozpacz, aż w końcu, po tak długiej i męczącej wędrówce jest! Nareszcie szczyt! Tak oczekiwany i wymarzony, ale jednocześnie niebezpieczny...

Z moim wrodzonym pesymizmem czasem trudno mi go dostrzec. Wmawiam sobie, że to tylko półka skalna, a do swego celu nigdy nie dotrę, a jeśli nawet to co jeśli spadnę? I jednak nie będzie tam nikogo kto poda mi dłoń i uratuje mnie od upadku. 

Jednak tak jest mi łatwiej. Łatwiej znieść porażkę i kolejne odrzucenie, z podejściem, że skazanym jest się na przegraną... Lecz z drugiej strony coś we mnie walczy. Stara się przegnać przygnębiające myśli i spojrzenie na świat, udowodnić "Jest pięknie! Musisz to jedynie dostrzec, a wtedy znajdziesz się na szczycie." 

Zamykam oczy, wyobrażam sobie najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek widziałam, miejsce szczęśliwe i beztroskie. Czuje się wolna, szczęśliwa, płaczę. W pewnym momencie spadam. Nie jestem w stanie się zatrzymać, moje ręce nie mają siły by cokolwiek złapać, a ciało bezładne, poddaje się wyrokom Boskim. Otwieram oczy i jestem w tym samym miejscu, taka sama. Z ogromem przyjaciół i bliskich, lecz nadal samotna. Z uśmiechem na twarzy każdego dnia, lecz nadal nieszczęśliwa.

Co zrobić ze swoim życiem by nabrało kolorów? Jak sprawić by dusza śmiała się co dzień, aby umysł był wolny i niezamącony?

Nie wiem. I nie wiem czy jakakolwiek rada będzie w stanie coś zmienić. Czas się chyba pogodzić ze swoim żywotem i iść z przyklejonym uśmiechem na twarzy. Nasuwa się jednakże kolejne pytanie... Jak?