Dzisiaj naszło mnie pytanie... Jaki sens ma życie? Próbując znaleźć odpowiedź natknęłam się jedynie na... pustkę... Nic. Nic a nic nie przychodzi mi do głowy.
Oceany żalu, góry smutku i tylko czasem szczyt euforii, do którego tak trudno nam dotrzeć... Czekamy na moment podczas naszej podróży, gdy z mgły, zasłaniającej nam piękne widoki, wyłoni się pewien kształt. Z początku rozmazany i nienamacalny, z czasem - coraz wyraźniejszy. Promyki słońca przebiją się wtedy przez przygnębienie i rozpacz, aż w końcu, po tak długiej i męczącej wędrówce jest! Nareszcie szczyt! Tak oczekiwany i wymarzony, ale jednocześnie niebezpieczny...
Z moim wrodzonym pesymizmem czasem trudno mi go dostrzec. Wmawiam sobie, że to tylko półka skalna, a do swego celu nigdy nie dotrę, a jeśli nawet to co jeśli spadnę? I jednak nie będzie tam nikogo kto poda mi dłoń i uratuje mnie od upadku.
Jednak tak jest mi łatwiej. Łatwiej znieść porażkę i kolejne odrzucenie, z podejściem, że skazanym jest się na przegraną... Lecz z drugiej strony coś we mnie walczy. Stara się przegnać przygnębiające myśli i spojrzenie na świat, udowodnić "Jest pięknie! Musisz to jedynie dostrzec, a wtedy znajdziesz się na szczycie."
Zamykam oczy, wyobrażam sobie najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek widziałam, miejsce szczęśliwe i beztroskie. Czuje się wolna, szczęśliwa, płaczę. W pewnym momencie spadam. Nie jestem w stanie się zatrzymać, moje ręce nie mają siły by cokolwiek złapać, a ciało bezładne, poddaje się wyrokom Boskim. Otwieram oczy i jestem w tym samym miejscu, taka sama. Z ogromem przyjaciół i bliskich, lecz nadal samotna. Z uśmiechem na twarzy każdego dnia, lecz nadal nieszczęśliwa.
Co zrobić ze swoim życiem by nabrało kolorów? Jak sprawić by dusza śmiała się co dzień, aby umysł był wolny i niezamącony?
Nie wiem. I nie wiem czy jakakolwiek rada będzie w stanie coś zmienić. Czas się chyba pogodzić ze swoim żywotem i iść z przyklejonym uśmiechem na twarzy. Nasuwa się jednakże kolejne pytanie... Jak?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz